Siedzisz na stole, nogi swobodnie dyndają ci w tę i z powrotem. Nie jesteś mały, to stół jest taki wysoki. Patrzysz za okno. A tam? Same cuda. Tuz przy domku tkwi piaszczysta, złota droga, a za nią rozciąga się pole. Na polu , jak to na polu, pięknie.
Kołyszą się fioletowe chabry, i maki. Poza tym, oczywiście zboże.
Jest już wysokie, można by się tam skryć. Czasami tak robimy, wtedy, kiedy chcemy się skryć przed wzrokiem całej reszty ludzkości. Ale przeważnie chodzimy nad jezioro- znajduje się kawałek dalej , w gęstym lesie. Tam również można się skryć;
Czasami mruczymy, zadowoleni z swojej obecności. Dotykamy delikatnie swoich twarzy, wpasowujemy dłonie.
Za każdym razem mam wrażenie że tak powinno być.
Pokazujesz mi fascynujące rzeczy, a ja odpłacam się opowiadając historię.
Czasami bywają inne dni. Dni, kiedy mówimy innymi językami. Kiedy dni są dla nas ciemne, zachody słońca nie porywają, a złote zboże staje się żółte jakimś chorym kolorem. Chodzisz wtedy na długie spacery po lesie, a ja siedzę w domu i martwię się o Ciebie, o nas. Czasami przychodzisz, i krzyczysz. Stoję wtedy cicho, z założonymi dłońmi i czekam. Aż przejdzie.
Zawsze przechodzi.
Potem szepczesz do mnie. Przepraszasz za wszystko, bierzesz w ramiona i tulisz, aż zrobię się senna i zasypiam w twoich ramionach. Wtedy okrywasz mnie kocem, i patrzysz, aż się przebudzę. I wtedy znów jest jak dawniej. Słońce świeci blaskiem szczęścia.